Wiosna, lato, jesień, a dla niektórych (w tym dla mnie, sezon trwa cały rok!) nawet zima – każdy moment jest dobry, żeby wskoczyć na siodło. I właśnie podczas takiej spokojnej przejażdżki naszło mnie takie oto pytanie: „Ile właściwie muszę kręcić korbą, żeby zrzucić ten magiczny 1 kilogram?”. Pomyślałem, że warto trochę poszperać i podzielić się informacją z innymi ciekawskimi duszami!
Ale do rzeczy. Zdejmujemy łańcuch z blatu, wrzucamy miękkie przełożenie i spokojnie rozkładamy ten temat na czynniki pierwsze.
Rowerowa matematyka, czyli ile kosztuje 1 kg tłuszczyku?
Zacznijmy od twardych faktów. Żeby spalić 1 kilogram tkanki tłuszczowej, musisz wygenerować deficyt kaloryczny na poziomie około 7000 do 7700 kcal. Brzmi jak abstrakcja? Spokojnie, zaraz to przełożymy na kilometry i godziny spędzone w siodle.
To, ile kalorii spalisz podczas godziny jazdy, zależy od kilku rzeczy:
- Twojej wagi: cięższy kolarz spala więcej energii (fizyki nie oszukasz – żeby przepchać większą masę, silnik musi mocniej pracować).
- Intensywności: rekreacyjny objazd jeziora to nie to samo, co ucieczka przed burzą na leśnych szutrach.
- Teren i wiatr: ostra jazda pod górę albo wiatr wiejący prosto w twarz (czyli kolarski standard) wycisną z Ciebie więcej soku niż z cytryny.
Średnio przyjmuje się, że osoba ważąca około 70-80 kg podczas spokojnej jazdy (tak ok. 20 km/h) spala około 400 – 500 kcal w ciągu godziny.
Kalkulator w dłoń! Ile to godzin w siodle?
Prosta matematyka: jeśli 1 kg to 7700 kcal, a my spalamy 500 kcal na godzinę, to…
Musisz spędzić na rowerze około 15 godzin, żeby zrzucić 1 kg czystego tłuszczu.
Zanim złapiesz się za głowę i powiesz „O stary, to ja wolę zostać przy Netflixie!” – posłuchaj. Nie musisz (i wręcz nie powinieneś!) robić tego na raz. Podziel to sobie na pięć wycieczek po 3 godziny w tygodniu. Albo codzienne, godzinne dojazdy do pracy i jeden dłuższy wypad w weekend na ulubione ścieżki. Zleci szybciej, niż zdążysz naoliwić łańcuch!
Uwaga na syndrom „schabowego po treningu”
Tu wjeżdżamy na grząski grunt. Rower to potężne narzędzie do odchudzania, ale jazda bez przypilnowania miski jest jak jazda pod wiatr na totalnym flaku – wylewasz litry potu, a i tak stoisz w miejscu.
Często wpadamy w pułapkę: „Zrobiłem wczoraj 40 kilometrów, więc ta podwójna pizza i trzy piwa mi się po prostu należą!”. Niestety, w ten sposób bardzo szybko uzupełnisz spalone kalorie z nawiązką, a Twoja oponka na brzuchu będzie trzymać się Ciebie mocniej niż kleszcz psa w maju. Rower podkręca metabolizm i ułatwia sprawę, ale to deficyt kaloryczny robi robotę.
Jak jeździć, żeby opona znikała z brzucha, a zostawała tylko na obręczy?
- Pokochaj „tlenówkę” (strefa 2): nie musisz pędzić z wywieszonym jęzorem i mroczkami przed oczami. Najlepsze do spalania tłuszczu są długie jazdy w umiarkowanym tempie. Takim, przy którym możesz swobodnie rozmawiać z kumplem jadącym obok bez zadyszki.
- Bądź regularny: lepiej jeździć 3-4 razy w tygodniu po godzinie, niż raz w niedzielę przez 4 godziny, po których dostaniesz „bomby” i przez trzy dni nie wstaniesz z łóżka.
- Baw się tym! Nie patrz tylko na licznik kalorii. Zjedź z asfaltu, wbij w las, odkryj nowe szutry. Kiedy jazda sprawia frajdę, kalorie znikają szybciej niż zimne piwko po setce w upalny dzień.
Podsumowując – 15 godzin kręcenia to Twój bilet do zrzucenia kilograma. Wskakuj na rower, łap wiatr we włosy (albo w otwory wentylacyjne kasku) i po prostu ciesz się jazdą. Reszta zrobi się sama!
Szerokości i przyczepności!


Dodaj komentarz